Letnia Szkoła Kyūdō 2021

Spoglądając w mój notatnik kyūdōwy, poprzedni zestaw notatek datowany jest na 3 października. Notatki spisywane były w Wiśniowej Górze i zajęły jakieś pół strony. A potem sytuacja pandemiczna się ponownie skomplikowała. Na naszej stronie wpisów też dawno nie było – jakoś nie było o czym pisać. Pora na powrót do wyjazdowego kyūdō, do pisania i notowania. I to z grubej rury. Bo w dniach 15-18 lipca w Turawie koło Opola odbyła się Letnia Szkoła Kyūdō, a to za sprawą Stowarzyszenia Sztuk Walki OSA z Opola.

Plan był obfity: cztery dni, sześć sesji zajęciowych. Oprócz tego, że każdy dzień będzie miał jakiś swój temat główny, był też jeden patronujący całemu wydarzeniu: „Martwe piksele”. Właściwie, to nie był temat, a wisząca nad nami nieustannie groza, że ktoś strzelający na pierwszym lub drugim mato strzeli te kilka metrów za wysoko w górę i trafi w elektroniczną tablicę z punktacją, co znacząco zwiększyłoby koszt imprezy. Inni zaś powiadają, że tak naprawdę mottem wydarzenia było: „歩歩是道場” – ho ho kore dojo, „każdy krok tworzy dojo”. Motta mottami, ale (lub „jednakże”, jeżeli nie chcemy używać negatywnie nacechowanego słowa „ale”) wydarzeniu patronowało też pewno ćwiczenie, a konkretniej robienie notatek. Dostaliśmy nawet specjalne arkusze do notowania trafień, zrobione z pozytywnym założeniem, że więcej niż 5 centymetrów poza obręb mato nie trafimy. Lub, że poza okręgiem mato zastosujemy skalę logarytmiczną. Na opisanie jak działają te kartki zeszło mi z pół strony notatek (część z nich to meta-notatki o zrobieniu dużej liczby notatek).

Dzień pierwszy, sesja pierwsza

Dzień, poza rozgrzewką, otworzyła ceremonia yawatashiuroczysty pokaz otwierający wydarzenie. Wybrano klasyczną formę z itegłówny strzelec (w tej roli Blanka) i kaizoeasystenci ite (Marta i Emilia). Ceremonia zebrała jakieś pół strony notatek. Następnym punktem programu była seria taihaitaihai – podstawowa forma strzelania zespołowego, stosowana m.in. podczas egzaminów. I to się miało powtarzać jeszcze kilka razy, a każde podejście miało być dokładnie obserwowane i oceniane przez kadrę instruktorską, żeby dorzucić nieco do poziomu stresu (ale o stresie będzie później). Jednak te pierwsze taihaie niosły za sobą specjalny przekaz, wyrażony starożytną japońską sentencją:

Pierwszy strzał pokazuje stopień wyszkolenia.

Pewnikiem jakiś Basho to czy inny Sun Zi.
Komentarze do taihaiu krążył wokół neuroplastyczności, która wbrew obiegowej opinii, nie wyłącza się po przekroczeniu pewnego wieku, ale dalej pozwala nam na naukę nowych nawyków, które staną się grubsze niż zmienne bodźcowanie, które łączą… czy jakoś tak. Jednocześnie robienie notatek może ją ciut sabotować… czy notatka na ten temat na pewno była dobrym pomysłem? Nie chciałbym zapomnieć, że robienie notatek utrudnia zapamiętanie czegoś. Istnieje jednak nadzieja, bo inna sentencja, już niejapońskiego poety, mówi:

Repetitio mater studiorum est.

Czyli repetycja materią studiów jest. Inny zaś poeta rzekł (co również znalazło miejsce w notatkach):

Od kawy ręce się trzęsą.

Ale to już wygłoszono podczas przerwy.
I w końcu przechodzimy do głównego punktu czwartkowego programu, czyli do mete, co oznacza prawą dłoń, tę w rękawicy, służącą do naciągania strzał. Wykład wygłosiła Blanka. Ale ileż można mówić o jednej dłoni? Jak się okazuje, długo. Od samych typów rękawic i dbania o nie, przez ułożenie kciuka, naprężenia skóry rękawicy czy położenia szwów po kolejność ruchów przy torikakezałożenie rękawicy na cięciwę. Tak, tam też jest jakaś kolejność i ruchów nie powinno się łączyć. I choć struktura zdania „Od … przez … po” zdaje się wyczerpywać tematy, to przecież jeszcze mówiliśmy o przewagach prostokąta nad dziubkiem, intencjonalności strzelania czy o tym, że właściwie dłoń nas nie powinna obchodzić, bo przecież pracujemy łokciem. I jest jeszcze ten legendarny metafizyczny bęben, w który staramy się uderzyć przy hanaremoment zwolnienia cięciwy, towarzyszy mu odrzucenie prawej dłoni do tyłu, ale okazało się, że nie jesteśmy aż tak pewni gdzie on właściwie stoi. Albo są dwa jednocześnie, w stanie kwantowej superpozycjitrudne słowo, ale z zakresu fizyki kwantowej, nie kyūdō, więc nie będę wyjaśniać, bo najpewniej i tak użyłem go źle. Trzy strony notatek. Część z nich wykona przez mete w rękawicy, trzymając dwie strzały.
Potem przyszła przerwa lunchowa (w postaci pizzy), a po niej część druga…

Dzień pierwszy, sesja druga

Znów taihai – te same składy, inna kolejność, te same czujne oczy kadry instruktorskiej. Ogólne uwagi dotyczyły wstawnia z kizykiza – półsiad, koszmar wszystkich trenujących kyūdō. Do tego wykład o stresie, a raczej o tym, że nie ma czegoś takiego jak stres obiektywny. I trafianie może być stresujące… subiektywnie.
Finałem części czysto kyūdōwej był turniej w formacie momoteshiki na jakieś pół strony notatek. Takie prawie momoteshiki, bo to niezupełnie to, co ród Ogasawara ma w swoim repertuarze. Zasady były takie: dwie drużyny po osiem osób. Jeden cel, dużo większy niż zwykle, wyżej położony, kwadratowy i z kolorowymi premiowanymi polami. Pięć rund, w każdej każdy strzela po dwie strzały. I najważniejsza część – cała drużyna jednocześnie staje na linii, zaś po tym jak pierwszy zawodnik zaczynie strzelanie, każdy kolejny zaczyna swoją procedurę jeden oddech później niż poprzednik. Powinno się skutkować błyskawiczną serią strzał.
Metodą losowania (która momentami zdawała się szemrana, ale przynajmniej poziomem danowym byliśmy zrównoważeni) ustaliliśmy skład dwóch zespołów, którym trzeba było nadać nazwy. Zespół pierwszy sięgnął po popularne obecnie hasła i mianował się „Cnotami Niewieścimi”, drugi chciał mieć nazwę będącą antytezą tej pierwszej, ale że nic szybko nie przypasowało do „Niecnót”, zdecydowano się na przeciwieństwo przymiotnika „niewieści”, co po podwójnym zaprzeczeniu dało rzeczownik „wieści”. Druga drużyna nazwała się „Dobre Wieści”.
Jak na dobre momoteshiki przystało, nie zbrakło przekomarzań między drużynami. Tylko pod żadnym pozorem nie mówcie nikomu od Ogasawarów, że jest to element dobrego momoteshiki, bo nam zabronią się w to bawić! Choć trzeba podkreślić, że miał też miejsce odczyt poezji w celu zdekoncentrowania rywali… albo coś podobnego, nie słuchałem, próbowałem się koncentrować. Po oddaniu łącznie 160 strzał, wyszło na to, że jest prawie remis. Cnoty Niewieście zdobyły 40 punktów, zaś Dobre Wieści 40 trafień – i tu wchodzi w grę wspomniana podwójna punktacja. Zatem ostatecznie zwycięstwo przypadło Dobrym Wieściom z wynikiem 64 punktów.

Dzień drugi, sesja pierwsza (i jedyna)

Yawatashi: synchroniczne hitotsu matoforma w której grupa łuczników po kolei strzela do jednego celu, w mieszanych składach kimonowo-niekimonowych. Potem wszyscy przeszli przez taihai, ponownie w tych samych składach ale na zmienionych pozycjach. Wstępne recenzje były… cóż, niepochlebne. Więc jeżeli nie zaczerpnęliśmy wystarczająco dużo z wykładu o pracy prawej dłoni, to teraz zdecydowanie przyda się zaczerpnięcie z wiedzy o stresie. Temat dnia: maai, czyli ogólnie pojęte tempo. Zagadnienie omówiła Marta. Reguła jest prosta i wszystkim znana: wszystko robimy zgodnie z oddechem. Problemy pojawiają się, jak zwykle, w szczegółach. Jak manewrować podczas chodzenia, by utrzymać tempo spójne z grupą? Jak tempo chodzenia ma się do dystansu w przód i do tyłu? Jak kontrolować zejście do kizy, by potrwało tyle, co ma trwać, a nie tyle co upadek worka ziemniaków (jeżeli ktoś chce sobie przeliczyć czas tego worka ziemniaków, to można założyć, że są to ziemniaki w kształcie kuli, spadające w próżni). Odpowiedź jest jedna: ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć… to były trzy odpowiedzi, ale wiecie o co chodzi. Zatem trochę poćwiczyliśmy.
Dobre wieści są też takie, że poruszanie się z odpowiednim tempem można ćwiczyć do muzyki. Wystarczy dobrać sobie coś z przedziału 68-72 takty na minutę i katować się tym, aż wejdzie w oddech. Są nawet strony wypisujące znane szlagiery po liczbie taktów. Ale konkretnych rekomendacji nie będzie. Dwie i pół strony notatek.
Jako kolejne ćwiczenie zostaliśmy podzieleni na grupy: jedna ćwiczyła tasuki sabakiwykonywane przez kobiety zawiązanie długich rękawów kimona przed rozpoczęciem strzelania, druga… nie wiem, nie zwracałem uwagi, a trzecia właśnie synchronizację w przemieszczaniu się.
A gdzieś po drodze się rozpadało, choć ostatecznie przestało padać przed końcem treningu. Dla kyūdō dużej różnicy to nie robiło, ale pokrzyżowało to popołudniowe plany niekyūdōwe.

Dzień trzeci, sesja pierwsza

Yawatashi: shinsa no maai. Czyli strzelanie w tempie egzaminacyjnym.
Potem wiadomo: taihai i komentarze do niego. Kilka myśli o odcinaniu przeszłości oraz japońskich zwyczajach związanych z obwieszczaniem wyjścia i powrotu oraz intencją stojącą za używanymi słowami. Oraz ogólne wskazanie, by nie podróżować za dużo w czasie. Raz, jest ryzyko, że powstaną paradoksy (jakbyśmy w kyūdō nie mieli ich już wystarczająco dużo), a dwa, kto przebywa w przyszłości lub przeszłości jest nieużyteczny w teraźniejszości.
Tematem dnia była praca wzrokiem, opisana przez Emilię. Nie tylko proste „patrzymy cztery metry przed siebie”, ale też przypomnienie, że warto przyglądać się bardziej doświadczonym osobom. Lub ignorować zbędne elementy otoczenia. Jednak nie wszystkie elementy otoczenia są zbędne, a rozejrzenie się po terenie, gdzie zaraz będzie się strzelać, bywa bardzo pomocne. Jednak ważne jest nie tylko gdzie patrzeć, ale i jak. Trzeba umieć to robić nie używając za dużo głowy, a jeszcze lepiej to redukować pracę oczu do minimum, bo wbrew pozorom, obserwujący świetnie ją widzą i może świadczyć o zdenerwowaniu. Najlepiej pójść za radą czołowego francuskiego kyūdōki, Małego Księcia i patrzeć sercem. Przy czym trzeba pamiętać, że choć z odrobiną praktyki można strzelać nie widząc celu, to zabranie swoich strzał ze stojaka może być trudniejsze bez patrzenia. Jednak w tym miejscu zaczynam odchodzić od treści faktycznie przekazanych na wykładzie, więc zakończę ten wątek. Półtora strony notatek i przerwa na pierogi! Tj. my wtedy mieliśmy przerwę na pierogi, a nie, że pisząc robię przerwę. Akurat w tym momencie nie robię. Czytelnik też nie musi teraz robić przerwy, choć nie zabraniam.

Dzień trzeci, sesja druga

Pora na drugi turniej. Tym razem nieco poważniej, bo mieliśmy tradycyjny coroczny korespondencyjny turniej szkoły Honda do przeprowadzenia. Turniej jest otwarty również dla innych szkół i mogą strzelać po swojemu, a przynajmniej można strzelać w stylu swojej szkoły. Po losowaniu powstało pięć zespołów. Dwa czterosoobowe ze szkoły Honda oraz dwa trzyosobowe i jeden czterosobowy dla seiteikyūdō współczesne, zasady opracowane przez Wszechjapońską Federację Kyūdō. Zwycięzcą turnieju okazał się Witek (11 trafień na 20), drugie miejsce zajął Janusz (8 trafień), na trzecim Paula, Blanka i Adam M. (po 6 trafień). Statystycznie hondowcy zaliczyli po 4,6 trafień na osobę, a niehondowcy 3,8. Plus Witek i Janusz to oczywiście Honda. Honor szkoły został obroniony. Choć to jeszcze nie koniec zabawy, teraz wyniki zostaną porównane w centrali, a potem dowiemy się jak wypadliśmy na tle świata. I na wypadek, gdyby najlepszy łucznik z reszty świata też ustrzelił 11 punktów, od razu zorganizowaliśmy dogrywkę. I pół strony notatek, głównie wyliczenia powyższych statystyk.

Dzień czwarty, sesja pierwsza

Yawatashi: kuritachi, czyli jedna z najrzadszych form współczesnego kyūdō. Tak rzadka, że widziałem ją chyba pierwszy raz w życiu i od razu zasłużyła na jakieś ¾ strony notatek.
Potem taihai, choć z tą różnicą, że kimoniści tym razem ćwiczyli kimonowe manewry. Istotniejsze było to, że każda osoba na widowni miała wskazaną osobę strzelającą, którą miła obserwować i spisać szczególnie udane aspekty strzelania. Dokładnie tak, nie szukać błędów, ale rzeczy wykonanych ponad normę.
Temat dnia: shitsu, czyli błędy, opisane przez Helenę. Ale nie błędy typu „nie celuj w górę przy daisan!”. Błędy, które w pewien sposób zakłócają przebieg strzelania. Komuś strzała spada z cięciwy. Ktoś inny upuszcza łuk. Lub pęka cięciwa, kawałek spada na łucznika za nami, oplątuje mu strzałę, a dodatkowo ten łucznik, zaskoczony wydarzeniem, cofa się o krok, wpada na kolejną osobę, która w przestrachu wystrzeliwuje strzałę w ekran z punktacją, następuje zwarcie instalacji elektrycznej i pół Turawy nie ma prądu. Przypadek nieco abstrakcyjny, ale pytanie pozostaje: co naprawić najpierw? I kiedy zrobić ukłon? Mówiąc nieco poważniej, z nauką shitsu jest taki problem, że im lepiej nam idzie strzelanie, tym rzadziej jest okazja by to przećwiczyć. A im mniej się to ćwiczy, tym większa panika może przyjść, gdy w końcu shitsu się zdarzy. Zaś podstawową regułą shitsu jest „Nie panikuj”. Jest to też podstawowa reguła podróży autostopem przez galaktykę, więc mamy dwie lekcje w jednym. I oczywiście, zgodnie z podstawowymi prawami tejże galaktyki oraz reszty wszechświata, jeżeli już shitsu się zdarza, zdarzy się w takim układzie, którego w żaden sposób się nie przećwiczyło. Wystarczy, że strzała leży nam za bardzo pod nogami, że trzeba będzie dodać nieco manewrów nim się po nią schylimy. Ten kawałek cięciwy na koledze z zespołu to wcale nie taki abstrakcyjny przypadek, bo cięciwy lubią latać w dziwnych kierunkach. Było tego na jakieś dwie i pół strony notatek. I jak na ironię, ekipa z TV Turawa odwiedziła nasze zajęcia akurat w tym momencie. Więc zamiast pokazać światu nasze piękne strzelanie, pokazano coś, czego właściwie podczas strzelania nie powinno być.
I to mniej więcej był koniec. Jeszcze tylko ceremonia zakończenia, otrzymanie indywidualnych uwag podsumowujących od nauczycieli, rozdanie kartek z dobrymi myślami od kolegów, nagród za najlepszy styl podczas taihaiów dla Ani i dla Natalii jako dla najlepiej zapowiadającej się nowicjuszki, podziękowania, pamiątki i zdjęcia. Ćwierć strony notatek, z ilustracją. Poważnie, zostaliśmy jeszcze przeszkoleni z wychodzenia przed szereg podczas zbiórki jeżeli jesteśmy wywołani.

Więcej czytania: https://kyudo-ayame.pl/letnia-szkola-kyudo-21/
Materiał TV Turawa: https://www.youtube.com/watch?v=uFC2IIOpXbo

strzał dopełniają
kuchenne pogaduchy
piksel wciąż żywy

Jedna odpowiedź do “Letnia Szkoła Kyūdō 2021”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.