Seminarium Pruszków 2022

Mniej więcej w 2020 roku szykowała się impreza pod nazwą Kyūdō nad Wartą. Przez pewne wiadome wydarzenia, nie udało się zorganizować wydarzenia i to aż do 2022 roku. Znów miało nastąpić Kyūdō nad Wartą, tym razem o randze Regionalnego Seminarium Europejskiej Federacji Kyūdō. Inne wydarzenia spowodowały, że planowana sala nad Wartą została wyłączona z użytku. Na szczęście, Warta to nie jedyna rzeka i nad pewną inną rzeką udało się znaleźć salę mogącą pomieścić odpowiednią liczbę uczestników. Rzeką tą jest Utrata, a miejscowością Pruszków (która dostała się do tytułu wydarzenia), gdzie spotkaliśmy się od 20 do 22 maja.

Rzeki rzekami, ale takie imprezy trzeba zorganizować. Więc zacznijmy od docenienia pracy klubu Tengukai z Poznania, który niemało pracy włożył w przygotowanie wydarzenia u siebie, oraz klubu Tametomo z Mysiadła, który przejął robotę gdy zmieniło się miejsce. Za wszystkim stało też Polskie Stowarzyszenie Kyūdō oraz Europejska Federacja Kyūdō. I oczywiście, nie można zapomnieć o instruktorach. Ścisła elita europejskiego łucznictwa: kyoshistopień nauczycielski nanadansiódmy dan Tryggvi Sigurðssonnie da się zliczyć ile razy wcześniej przypadkowo wywoływałem skrót klawiatury na to „ð”. I oto w końcu nabyta przy tym wiedza przyniosła owoce z Islandii, kyoshi rokudanszósty dan Charles-Louis Oriou z Francji oraz obecny prezes EKF, kyoshi rokudan Gérald Zimmermann z Szwajcarii. Do tego 72 uczestników z 7 krajów (Polski, Czech, Rumunii, Szwecji, Litwy, Niemiec i Islandii) i reprezentujących 6 stopni, od mudanbrak stopnia dan po godanpiąty dan.

Dzień pierwszy, popołudnie. Na początku, zgodnie z tradycją i naturalnym biegiem rzeczy, trzeba jakoś zacząć. I to nie byle jak, bo od rozgrzewki. Rozgrzewki są ważne. Następnie oficjalne powitanie, wszystko w myśl zasady: „przypnij do kyūdōjinów numerki i każ się ustawić w kolejności, a tragedia gotowa”. Choć na obronę trzeba dodać, że numerów 25-50 i 75-100 nie było, więc były pewne luki w formacji. W kolejnych dniach nabraliśmy też nieco wprawy. Po przywitaniach nastąpiła ceremonia yawatashistrzelanie na otwarcie wydarzenia w wykonaniu nauczycieli. Potem wszyscy uczestnicy wykonali hitote gyosha… czyli zasadniczo to, co zawsze nazywamy taihaiempodstawowa zespołowa forma strzelania. Różniące detale są w tej chwili nieistotne.

Myślę, że to hitote gyosha można podusmować tak: jeżeli nagle zdasz sobie sprawę, że został tydzień do seminarium, że jest jeden ostatni trening by wdrożyć absolutnie konieczne rzeczy, to mając dwa tematy do wyboru, które pozwolą ekipie przygotować się do pewnych niespodziewanych sytuacji, wybranie tego trzeciego może nie być optymalnym rozwiązaniem. Konkrety: dwa tematy krążyły mi po głowie: radzenie sobie z shitsupewna kategoria błędów i radzenie sobie z risshazaraz wyjaśnię, cierpliwości w tachizespół. Wybrałem temat trzeci: ćwiczenie taihaiu na więcej zespołów, kiedy trzeba się zgrać w poprzedzającą ekipą. Niby podstawa podstaw, ale jak ma się tyle osób, że zawsze się wszystkich upchnie w jednym tachi, to trudno symulować ćwiczenia z drugim. I nie mówię, że to był zły wybór, pewnie się to ćwiczenie przydało, w końcu wchodziliśmy jedna ekipa za drugą. Ale jakoś tak się złożyło, że Joanna wylądowała na trzeciej pozycji, z dwoma osobami rissha przed nią. Rissha, czyli osoba strzelająca na stojąco… a raczej przygotowująca się do strzelania na stojąco, reszta przygotowuje się klęcząc. I jeżeli ma się takie osoby za sobą, to nie ma problemu, ale jak są z przodu, to nie można polegać na tym, że zainicjują klękanie. To zadanie przypadnie pierwszej osobie klęczącej. I jest kilka innych elementów, gdzie zwykle robiło się to, co osoba z przodu, ale tym razem osoba z przodu albo tego nie robi, albo nawet nie ma jej z przodu, bo uciekła czekać na jakiejś innej linii. A w pewnych układach jest normalnie procedująca osoba klęcząca na pierwszym miejscu, ale nie widać, bo zasłania ją osoba stojąca. I jest na to normalna procedura, ale najpierw trzeba by mieć jakąkolwiek osobę stojącą w naszej katowickiej grupie. Cóż, na pewno wpłynęło to na nasz plan szkoleniowy na najbliższe tygodnie.

Ale to są moje wnioski na temat udoskonalenia programu treningowego. Nauczyciele zwrócili uwagę na nieco inny element. Mianowicie, chodzi o emocje. Tego oczekuje widownia i to trzeba im dać. A dziurawiony papier sam w sobie emocji nie daje. Jakby dawał, to nie folia bąbelkowa, a dziurkacze byłyby hitem imprezowym. Oczywiście, dziurawienie papieru może występować razem z emocjami, bo jak głosi kyūdōwe powiedzenie, „dobre strzelanie prowadzi do dobrego trafiania”, ale mamy tu inny ciąg przyczynowo-skutkowy. Skoro więc papier nie jest ekscytujący, to trzeba podziałać na emocje czymś innym. Na przykład trzymaniem kaiostatni etap napinania łuku przez co najmniej sześć sekund. Nie tylko trzymanie, ale przez cały czas pracowanie z tym kai, wkładanie w niego energii, by wystrzelić strzałę poza papier… tak metaforycznie. Jeżeli to brzmi skomplikowanie, to w sumie łatwiej powiedzieć czym popsuć emocje. Czymś takim może być wejście w nieelegancki sposób, np. nie zbadawszy wcześniej przestrzeni w której będzie się działać. Lub nie zdradzenie reszcie zespołu, że jest się osobą stojącą. Lub patrzenie pod nogi. I po przejściu wszystkich uczestników przez tę procedurę oraz wysłuchaniu komentarzy, zakończyliśmy pierwszy dzień.

Dzień drugi rozpoczął się od rozgrzewki. Oraz dodatkowych porad, że przed samym strzelaniem też jest dobrze się nieco rozciągnąć. Nauczyciele zaprezentowali formę hitotsu-mato sharei, czyli wieloosobowe strzelanie do tego samego celu. Następnie nastąpiły ćwiczenia w grupach. Grupę początkową mudan-shodan wziął pod opiekę sensei Zimmermann, średnią shodan-nidan sensei Oriou a zaawansowaną nidan-godan Sigurðsson… przy czym niedługo potem zaobserowano nidanów z ostatniej grupy ćwiczących razem z grupą drugą, najwyraźniej gdzieś po drodze nastąpiło jakieś przegrupowanie. W tym momencie oczywiście relacja będzie dotyczyć tylko jednego shajotu: wydzielony kawałek przestrzeni dla jednej grupy

Sensei Oriou swoje porady podsumował w 9 punktach, obejmujących zakres od ułożenia rękawicy, pracy kciukiem prawej dłoni, rozkładu energii i paru innych elementów, które najłatwiej byłoby podsumować pojedynczymi japońskimi słowami. Oczywiście, musiałbym te słowa potem jakoś wyjaśnić, więc nawet nie będę zaczynać, bo ten wpis nie ma na celu bycie podręcznikiem kyūdō. Poprzestańmy na tym, że było dużo japońskich słów. I kilka francuskich. Dwie pary słów są warte wspomnienia. Pierwsza z nich to hanare, co oznacza moment zwolnienia cięciwy i hanasu, co też oznacza moment zwolnienia cięciwy. To drugie oznacza celowe jej zwolnienie, świadomą akcję łucznika… i tego chcemy unikać. Wchodząc nieco na terytorium „Zen w sztuce łucznictwa” Herrigela, strzał powinien oddać się sam. Jednak oddaje się we właściwym czasie, gdy już dojrzeje w kai. Sytuacji, gdy komuś cięciwa zlatuje z rękawicy w połowie daisanpierwszy etap napinania łuku, gdy strzała jest jeszcze nad głową łucznika i strzała leci w losową stronę, nie pochwalamy. To zdecydowanie nie jest hanare. Druga para, analogiczna, to yugaeri i yugaeshi, obrót łuku w lewej dłoni po zwolnieniu cięciwy, charakterystyczny element japońskiego łucznictwa. Pierwsze słowo to obrócenie się łuku, drugie to obrócenie łuku przez nas. I znów, w miarę łatwo jest zluzować dłoń w momencie strzału, majtnąć łukiem, by się obrócił, a potem jeszcze spróbować go złapać zanim zbyt opadnie z luźnej dłoni. Ale nie o to chodzi. Yugaeri wynika z prawidłowego ustawienia poprawnie sporej liczby elementów, właściwego układu dłoni, kierunku siły naciągania itp. I wtedy zadzieję się samo, jak tylko włożymy mnóstwo pracy w przygotowanie odpowiednich warunków.

Były dwie pary, to jeszcze dwie trójki. Skoro to nie dziura w papierze jest wyznacznikiem dobrego strzału, to co może być? Sensei zaproponował taką trójkę: kształt łuku, dźwięk wydawany przez zwolnioną cięciwę (tsurune) oraz dźwięk trafienia w cel… no, czyli coś tam z tym dziurawieniem jednak jest na rzeczy. Druga trójka to trzy etapy nauczania kyūdō. Shu to etap na którym podążamy za wskazaniami nauczyciela, ha to zrównanie się z nauczycielem, rozumienie idei reguł, które wcześniej się stosowało, a ri to prześcignięcie nauczyciela, odejście od ścisłych reguł celem podążania za duchem stojącym za nimi.

Tu nastąpiła przerwa na lunch. Podano sushi.

Po przerwie kolejny pokaz strzelania w wykonaniu najlepszych, tym razem forma mochi-mato sharei, którą pokazali najbardziej doświadczeni uczestnicy seminarium, z czwartymi i piątymi danami. Mochi-mato sharei to zespołowe strzelanie, gdzie każdy łucznik oddaje strzały do własnego celu… i już słyszę to pytanie: a czym to się różni od taihaiu czy hitote gyosha? Odpowiadam: po pierwsze, pojawia się dodatkowa linia, sadamenoza, używana również w hitotsu-mato sharei, na której wykonuje się ukłon. Ale przede wszystkim, wszystko trwa dużo dłużej. Ale tak zdecydowanie dłużej. Zanim wstanie się do swojego strzału, osoba poprzedzająca nie tylko musi wykonać całą swoją procedurę, ale jeszcze wycofać się kilka kroków. Na pięć osób trwa to kilkanaście minut. I przez większość czasu klęczy się w pozycji kiza. Nawet obserwowanie tego w „wygodniejszej” seizie jest bolesne. Po pokazie nauczyciele udzielili kilku wskazówek, m.in. że zadaniem członków grupy nie jest podążanie za pozostałymi, a przewidywanie ich ruchów. I ponieważ doszło do incydentu z ustawieniem się na złej linii, udzielono niemal wprost odpowiedzi na odwieczne pytanie: „Co zrobić gdy omaepierwszy łucznik w grupie, prowadzący się pomyli, naśladować go czy robić poprawnie?”. Wychodzi na to, że to zależy czy robimy pokaz czy zdajemy egzamin. Ale ponieważ to pytanie lubi wracać, to co ja będę zużywać cenne znaki na podawanie odpowiedzi, jak zaraz się pojawi na kolejnym seminarium. Zamiast tego przejdźmy do popołudniowej sesji ćwiczeniowej. Pracowaliśmy dalej w tych samych grupach. Pojawiły się idee hanare o pustym umyśle, energii ulokowanej paradoksalnie z dolnej części dłoni… tylko w notatce zabrakło jasnego określenia o którą dłoń chodzi… oraz uchiokoshietap podnoszenia łuku, które raz rozpoczęte, nie zatrzymuje się.

Dzień trzeci, rozgrzewka, powitanie i tachi sharei w wykonaniu nauczycieli. Tachi sharei, czyli forma zespołowa, w której każdy łucznik strzela do swojego celu, ale wykonuje się ją w całości na stojąco. W komentarzach po pokazie pojawiło się ciekawe zestawienie wszystkich trzech form. W hitotsu-mato sharei chodzi przede wszystkim o synchronizację, trzeba zgrać przemieszczanie się z resztą zespołu. W mochi-mato sharei chodzi o wytrzymałość, bo jakoś trzeba nieść długi czas oczekiwania na naszą kolej do strzelania. Zaś w tachi sharei chodzi o umiejętność eksponowania bezruchu, bo jest znacznie mniej rzeczy do zrobienia, a emocje muszą być cały czas.

I uwaga, niespodzianka! Zmiana nauczycieli! Sensei Sigurðsson przeszedł do grupy średniej, zaś sensei Oriou do zaawansowanej. Sensei Zimmerman został gdzie był, u grupy początkującej. Co przyniosła zmiana naczyciela? Było o łokciach, które pracują więcej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Było o trzymaniu łuku jak najmniejszą dłonią. Tak naprawdę, bardzo dużo czasu poświęcono lewej dłoni. Sensei pożyczył nawet z zaawansowanej grupy Andrzeja, u którego wcześniej zaobserwowano porządne tenouchitrzymanie łuku, abyśmy mogli się dokładnie przyjrzeć jak to wszystko ma działać. Ale zobaczyć to jedno, a ułożyć u siebie tak dłoń to drugie.

Tu nastąpiła przerwa na lunch. Podano sushi.

W przypadku wystąpienia nagłego ataku déjà vu proszę nie regulować odbiorników.

Ostatnia sesja seminarium. Na początek jeszcze jedno strzelanie pokazowe, tym razem klasyczny taihai w wykonaniu najwyższych stopniami pań, a po nim kilka porad i komentarzy ze strony nauczycieli. I w końcu wielki finał, czyli znów wszyscy po kolei przechodzili przez taihai, by pokazać, że czegoś udało nam się nauczyć. Tym razem jednak działaliśmy zgodnie z podziałem na shajo, więc trzy grupy mogły ćwiczyć na raz. Po tym jeszcze chwila rozmowy z senseiem, ostatnie komentarze, pytania i porady. Była tu jeszcze jedna myśl, która stała się mocną podstawą kończącego haiku.

Choć to koniec seminarium, to nie można go traktować jako zamknięty rozdział. Trzeba więc pozbierać całą tę nabytą wiedzę i próbować ją zaimplementować. Nawet jakby początkowo wszystko się popsuło. Eksperymentowanie z kyūdō to znak postępu.

Kyūdō poprawa

strzelania jest wynikiem

nie zaś gadania

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.