Banzai Ayame!

Trudno zaprzeczyć, że czas leci. Dopiero co kyūdō zaczynało formalnie funkcjonować w Polsce, a tu już niektóre grupy obchodzą okrągłe rocznice działalności. Przyszła kolej na łódzkie Ayame. I tak oto 4 czerwca wysłaliśmy naszą delegację do Wiśniowej Góry, gdzie miał być świętowany ten jubileusz.

Zacznijmy od tego, że nie świętowaliśmy tylko 10 lat Ayame. Historia sięga znacznie dalej, do klubu Kai, któremu wypadałoby 20 lat, do 25 lecia od pokazu yabusamew uproszczeniu: łucznictwo konne w Łodzi, a nawet do 35 lecia Mistrzostw Europy w Karate Kyokushin (w Katowicach). Sporo wydarzeń do wspomnienia, sporo osób z niemałym wkładem w historię nie tylko łódzkiego, ale i polskiego kyūdō. Więc zamiast próbować opowiedzieć historię, której osobiście i tak doświadczyłem tylko mikrego kawałka, możecie poczytać więcej tu: https://kyudo-ayame.pl/kyudo-ayame/. A ja skupię się na tym, jak obchodzono urodziny.

Trzeba zacząć od jakiegoś uroczystego strzelania, a jak zrobić to lepiej, niż dać okazję do strzelenia osobom, od których klub Kai się zaczynał. Nie wszystkich udało się ściągnąć, więc pierwsze strzały należały do Arka i Kuby. Potem nastąpił taihai, wykonany przez najwyższych stopniem uczestników wydarzenia: Andrzeja, Martę, Janusza, Blankę i Krzysztofa.

Część warsztatowa poświęcona była dozukuri, czyli stabilnej, mocnej postawie. Być może znacie dozukuri jako drugi etap hassetsuośmioetapowa procedura strzelania. Tak, dozukuri też tam jest, ale podobnie jak zanshinósmy etap hassetsu, trwanie, dozukuri powinno być wszędzie. Nie tylko wszędzie po tym drugim etapie, bo nie chcemy zburzyć wyrzutni strzał, którą pieczołowicie skonstruowaliśmy z własnego ciała. Wszędzie także przed postawieniem pierwszego kroku ashibumipierwszy etap hassetsu, rozstawienie stóp. Dozukuri towarzyszy nam już przekraczając próg. Ba, wtedy możemy nawet je nieco podkręcić, by zaprezentować się bardziej bojowo. Oczywiście, jak już włożymy dodatkową energię w ustabilizowanie się po zrobieniu ashibumi, to nie chcemy tego popsuć przez niedbałe zakładanie strzał albo niestaranne spoglądanie na cel. Choć jeżeli dozukuri zostało przez takie coś popsute, to może wcale nie było to dobre dozukuri?

Po czym poznać, że dozukuri jest dobre? Między innymi po sanjujūmonji, czyli po trzech krzyżach, których nie należy mylić z gojujūmonji, czyli pięcioma krzyżami. Co trzy krzyże oznaczają? Że linia stóp, linia bioder i linia ramion są równoległe, prostopadłe do linii kręgosłupa, a dodatkowo wszystko to odbywa się w jednej płaszczyźnie. A mówili, że matematyka do niczego w życiu się nie przyda, a tu proszę, geometria, a nawet liczby.

Teraz poniekąd szokująca informacja: w dozukuri przydają się mięśnie. Jednak kyūdō to nie tylko kości i stawy. Zaproponowano nam więc zestaw ćwiczeń na rozwijanie właściwych mięśni. Brzuszki, pozycja łokciowo-kolanowa wykonywana na dłoniach i kolanach (to skomplikowane, pamiętajcie jednak, że w kyūdō pracują łokcie, nie dłonie) czy boczny plank. To z tych takich bardziej codziennych ćwiczeń. W kontekście łucznictwa przerobiliśmy kilka dodatkowych: strzelanie bez ashibumi, z wznoszeniem się do palcach w końcowym etapie naciągania strzały. Strzelanie z nóg rozstawionych jak do jazdy konnej/sumo. Strzelanie siedząc na krześle (no proszę, jednak się te krzesła przydają w kyūdō). Strzelanie stojąc palcami na desce. Sporo tego strzelania, niektóre formy dały zaskakująco dobre rezultaty, jednak są prawdopodobnie nielegalne, a przynajmniej kłopotliwe na turniejach.

Na tym zakończyła się część warsztatowa. Pora na część urodzinową. Po pierwsze, tort. Do tego przemówienia, prezenty i pamiątkowe upominki dla zebranych. Następnie wielkie kaligrafowanie. Trzy różne osoby napisały trzy różne teksty. Na początek 菖蒲, co oznacza irysa. Konkretniej to chyba Iris sanguinea, ale to już niekoniecznie intencja poety. Skąd irys? Odpowiedź jest prosta: to właśnie oznacza ayame. Można też to czytać shobu. Albo przy innym znaku można to czytać shobu? Trzeba by pytać kogoś, kto zna japoński. W każdym razie, dziewczyny zakładając klub wybrały ten kwiat na swój symbol.

Przejdźmy więc do kolejnej kaligrafii… gdzie chyba trzeba znać jeszcze więcej japońskiego. Nie znam, więc trzymajmy się wersji, którą mi przedstawiono. Drugi znak to 大黒柱, czyli daikokubashira, pojęcie, które świetnie znamy z tradycyjnej japońskiej architektury. Trzeci znak… w porządku, wyjaśnię (nie żebym sam przed chwilą nie upewniał się w Internetach). Daikokubashira to centralna kolumna w japońskim budynku, na której trzyma się cały dom. W podobny sposób powinno działać dozukuri.

Trzeci znak to 会, czyli wspomniane już kai, użyte w nazwie klubu Kai, a oznaczające „spotkanie”. I jest to to samo kai, które występuje w momencie pełnego naciągnięcia łuku. Podkreślam: „spotkanie”, nie „celowanie”. Czyli na bok można odłożyć te bajki, jak to jakiś ślůnski grubiorz pojechał do Japůńiji, a gdy bogenmajster kazał mu strzelać, to ten chachor zapytał: „kaj?”, co przyczyniło się do powstania nazwy. Jednak samo kai to nie wszystko, co znalazło się na papierze. Każdy obecny mógł postawić od siebie jakiś znak: literę, kanji, emotkę, by upamiętnić to, nomen omen, spotkanie.

To jednak nie koniec łucznictwa na ten dzień. Był jeszcze turniej. Wybrano format 4-3-2-1, który pewnie ma jakąś japońską nazwę. Jego zasady są następujące. W pierwszej rundzie każdy strzela 4 razy, w drugiej 3 razy, potem 2, aż w końcu 1 raz. Szczególną cechą jest to, że jeżeli w danej rundzie nie trafi się ani razu, to odpada się z turnieju. Czyli można na te 10 strzał trafić 9 razy, przegrywając z osobą, która trafiła 4 razy, bo spudłowało się w czwartej rundzie, podczas gdy zwycięzca zawsze posyłał równo jedną strzałę w cel.

Problem polega na tym, że biorąc udział w turnieju ciężko robić notatki z jego przebiegu, zwłaszcza gdy nie ma żadnej tablicy z wynikami. Ile osób wystartowało, tego nie wie nikt. Do drugiej rundy dostało się mniej więcej trzynaście osób, przynajmniej tak twierdzą świadkowie wydarzenia, gdy po pierwszej rundzie poprosiłem o statystyki. Ponieważ ćwierćfinał to wystarczająco dobry rezultat, dla dobra liczb poświęciłem się, by półfinał i finał zostały już prawidłowo odnotowane z pozycji obserwatora. Inne źródła donoszą, że to marne wymówki i po prostu słabo strzelałem sam z siebie.

Z dwoma strzałami na linii stanęli Krzysztof, Andrzej, Filip, Blanka i Helena, reprezentanci klubów z Mysiadła, Mysiadła, Łodzi, Poznania i Łodzi. Krzysztof trafił dwukrotnie, Andrzej raz, pozostali uczestnicy nie trafili. Zatem finał był dwuosobowy i obaj zawodnicy posłali strzałę prosto w cel. W tym momencie zsumowano wszystkie trafienia i jednym punktem przewagi zwyciężył Krzysztof, z łącznie siedmioma trafieniami.

Spotkanie zakończyła ceremonia momoteshiki, czyli wzięte od Ogasawarów grupowe strzelanie do jednego celu. Ale nie mylcie tego z hitotsumato-sharei. Po pierwsze, tu grupa była tak liczna, że ledwo mieściła się na szerokość sali i ze znacznie skróconymi dystansami między sobą. Po drugie, nie ma żadnego ciągłego chodzenia, zamiany miejsc i podobnych manewrów. Po trzecie, cel jest większy. Po czwarte, może najbardziej widowiskowe, gdy wykona się to poprawnie: każdy łucznik zaczyna swoją sekwencję jeden oddech po poprzedniku. I idealnie, kończy swoją sekwencję strzałem po czasie jednego oddechu od strzału poprzednika. Mamy więc całą serię błyskawicznie wypuszczonych strzał (błyskawicznych jak na standardy kyūdōwe).

Pozostało tylko pozbierać te kilkadziesiąt strzał, posprzątać salę, pożegnać się z zebranymi i rozjechać się, każdy w swoją stronę. Czas leci, czekamy na piętnastolecie, a po drodze pewnie i inne kluby będą mieć jakieś swoje rocznice.

sto lat kosaćce

z pasją trzymajcie ten gmach

miejsce spotkania

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.