Shinsa we Wiedniu 2026

Temat egzaminów nie pojawia się tu często. Słowo „shinsa” czyli egzaminy, wymieniam głównie w postaci „hondowa inka to prawie jak shinsa”. To nie jest tak, że nie bierzemy udziału w egzaminach, oj nie. Ale jakoś dawno nie były to duże wydarzenia, o których można by sporo napisać. Podsumujmy to szybko: kilka danów w ostatnich latach zdobyliśmy podczas egzaminów w formie wideo, ale fakt, że nagranie odbywa się w trakcie treningu i trwa kilka minut, nie ułatwia potraktowania go jako dużego wydarzenia — przynajmniej dla mnie jako obserwatora; uczestnicy pewnie widzą to inaczej. Mieliśmy też egzaminy wyjazdowe, tak Adam i Leszek zdobyli swoje trzecie dany, w Gifu i we Wiedniu. To jednak też jest opowieść „pojechał, strzelił dwie strzały i wrócił”. Z ewentualnym „coś tam po drodze zobaczył”. Mieliśmy też w zeszłym roku formułę seminarium + shinsa w Magglingen, gdzie Michael wywalczył drugi dan — ale nie mieliśmy na miejscu człowieka, który chciałby opisać to wydarzenie. Aż tu nagle w okolicach września zeszłego roku poszły wieści, że w kwietniu odbędzie się sesja egzaminacyjna we Wiedniu.

Dokładniej, wieść była taka, że w weekend 11 i 12 kwietnia we Wiedniu i Noisiel będą egzaminy na trzeci i czwarty dan, a tydzień później, we Frankfurcie nad Menem, po seminarium instruktorskim, na stopnie od trzeciego do szóstego, plus renshi [pierwszy stopień nauczycielski]. Cóż, po tych kilku latach wideo-egzaminowania, mieliśmy już sporą grupkę gotową zmierzyć się z sandanem [trzeci dan] a nawet yondanem [czwarty dan]. Jakub, Przemek, Michael i Michał zgłosili się na sandan (choć Michał ostatecznie musiał zrezygnować), a Leszek i Adam na yondan. Zaś po stronie egzaminatorskiej mieli stanąć hanshi [trzeci stopień nauczycielski] hachidan [ósmy dan] Sato Shosen, kyoshi [drugi stopień nauczycielski] hachidan Osumi Masanari, kyoshi nanadan [siódmy dan] Ray Dolphin, kyoshi rokudan [szósty dan] Gerald Zimmerman i kyoshi rokudan Diethard Leopold.

Jedną z niewątpliwych zalet tegorocznych egzaminów we Wiedniu, poza najmniejszą odległością z tych trzech miejsc i faktem, że jest to dojo znane części polskiego środowiska kyudo, był fakt, że piątek przed shinsą ogłoszono dniem treningowym. W ostatecznej formie komunikatu, piątek był dniem treningu głównie dla kandydatów na sandan, zaś po sobotniej sesji dojo udostępniono podchodzącym do stopnia yondan następnego dnia. Taki trening zapewne nie przyniesie nowej wiedzy ani nie objawi ostatecznej prawdy o kyudo (niezależnie od tego, co mi się wydawało w sobotę), ale jest to rzecz warta wzięcia w niej udziału, nawet jakby trzeba było przybyć do Wiednia dzień wcześniej, przez co mierzyć się z lokalnymi ograniczeniami parkingowymi.

Podręcznikowy adept kyudo powinien być w stanie strzelać zawsze, wszędzie i z dowolną ekipą (w granicach rozsądku). Zaś rozsądny adept kyudo nie powinien pogardzić okazją, by zapoznać się z miejscem, gdzie ma strzelać. Już wcześniej znaliśmy kolejność podchodzenia do egzaminu, wiedzieliśmy mniej więcej na którym stanowisku będziemy strzelać, można więc było sobie przećwiczyć trasę, jaką trzeba będzie przejść. Choć teoretycznie nie powinno to robić żadnej różnicy, to mogliśmy sprawdzić jak się strzela do wiedeńskich mato, które choć w relacji do łucznika są na tej samej pozycji co każde inne mato, to wizualnie są nieco wyżej nad poziomem gruntu, bo i łucznik jest nad poziomem gruntu. Nie mówiąc już o tym, że jeśli ktoś miał szczęście i akurat trafił na resztę swojej egzaminacyjnej grupy, można było wspólnie przećwiczyć by złapać jednolite tempo.

A dla niektórych, sama obecność we wiedeńskim dojo mogła być atrakcyjna. Co innego „jadę, by w ciągu dziesięć minut wystrzelić dwie strzały”, a co innego „jadę, by spędzić pół dnia w prawdziwym dojo, zbudowanym według japońskiej tradycji”. I tu następuje psikus w postaci załamania pogody. Po kilku słonecznych, relatywnie ciepłych dniach, nastąpił spadek temperatury w okolice zera, do tego deszcze, a momentami śniegi. Zapewne stało się to dlatego, żebym mógł powtarzać „jeszcze się nie zdarzyło, bym był we Wiedniu i choć chwilę nie padało”. Choć formalnie, do Wiednia wjechałem późnym popołudniem, a do dojo nawet się nie zbliżałem, więc może ostatecznie to nie była moja wina. Tak czy inaczej, pogoda spowodowała, że to urokliwe dojo w japońskim stylu nie było już tak przyjemne, gdy trzeba było stać w krótkim rękawie przy otwartej ścianie, przez którą zawiewało śniegiem. Choć zdjęcia z tego ładne wychodziły.

Sobota przyniosła poprawę pogody. Do egzaminów na sandan miało podchodzić pięćdziesiąt pięć osób, podzielonych na dwie sesje, między którymi miała być krótka przerwa. Tu ważna uwaga, miało podchodzić pięćdziesiąt pięć osób, przynajmniej według list rozesłanych wiele dni wcześniej. Podeszły pięćdziesiąt cztery osoby. Nierzadka sytuacja, że ktoś nie dociera na shinsę, potrafi mocno rozbić przygotowania — bo trenuje się do strzelania na pozycji trzeciej, a nagle wszyscy idą jedną do przodu by wypełnić lukę, bo gdzieś ktoś na początku listy się nie pojawił. W skrajnych przypadkach, zamiast strzelać na pierwszej pozycji, strzela się na ostatniej — a tu zmiany procedury są spore. Więc nawet gdy na przedegzaminacyjnej sesji treningowej jest się tym rozsądnym kyudojinem, rozeznającym teren pod strzelanie, trzeba pozostawić w sobie trochę tego podręcznikowego, który będzie gotów strzelać w innych warunkach, może z innym zespołem.

Ponieważ cała nasza klubowa grupa była w pierwszej sesji, a niektórych ciągnęło do zwiedzania Wiednia, już w trakcie przerwy opuściliśmy teren dojo, by zjeść tradycyjny Wiener Schnitzel. Co oznacza, że nie wiedzieliśmy strzelania w drugiej sesji, przez co brakuje mi danych do pełnej odpowiedzi na kluczowe pytanie: „co ma trafianie do zdawania?”. Powszechnie przyjmuje się, że na trzeci dan trzeba trafić przynajmniej raz. I jest to raczej bezpieczne założenie przy przygotowaniach, warto skupić się na celności. Oczywiście, nie kosztem formy. Ale niekoniecznie trafienie wystarczy, a także niekoniecznie nietrafienie przekreśla szansę. Wśród pierwszych dwudziestu dziewięciu osób, dziewięć trafiło. Dwie dwukrotnie. Dwie osoby z jednokrotnym trafieniem jednak nie zdały. A jedna bez trafień zdała. Nie mam danych dla kolejnych dwudziestu pięciu, ale z opowieści wiem, że i tam były przypadki zdania mimo nietrafienia.

Zaś fakt, że wyszliśmy w połowie sesji egzaminacyjnej spowodował, że gdy pozostali zdający udali się na obiad, my już byliśmy z powrotem, gdy właśnie wieszano kartkę z wynikami. Można było obdzwonić kogo trzeba z gratulacjami. Łącznie na sandan zdało dwadzieścia pięć na pięćdziesiąt cztery osoby, co jest wynikiem bardzo powyżej tego, co przyjmowałem na statystyczną zdawalność. Z Polskiej ekipy, na jedenaście osób, zdało pięć. Jeden dan poleciał do klubu Umemi (brawo Magda!), trzy do Kokoro (brawo Kacper, Kasia i Hubert!), a i w naszym klubie udało się zdobyć jeden: brawo Kuba!

Przyszła kolej na trening dla naszych kandydatów na yondanów. Ponownie, kilkanaście czy kilkadziesiąt strzałów na sprawdzenie sprzętu, przestrzeni dojo, może przemyślenie na których elementach się najbardziej w danym momencie skupić, a które zostawić nabytym odruchom. To nie jest już moment, w którym można nauczyć się czegoś nowego, najwyżej można zastanowić się jak najlepiej następnego dnia rozłożyć całą wiedzę zdobytą przez lata praktyki.

Niedziela, kolejny dzień z piękną pogodą. Piękną pogodą zaczynającą się jakoś od dwunastej, szkoda że sesja rozpoczynała się od dziesiątej. Nie były to tak złe warunki jak w piątek, ale zimno potrafiło dać popalić. Zwłaszcza, gdy przez kilkanaście minut przed wejściem trzeba było siedzieć na krześle i czekać na swoją kolej. Kto by pomyślał, że parawany nie zapewniają tak wysokiego termicznego komfortu jak grubsze ściany. Nawet pozwolono siedzieć w jakimś wierzchnim okryciu, zdejmując je bezpośrednio przed wejściem — i narażając się na uderzenie zimna w momencie, gdy trzeba działać na najwyższych obrotach.

Zaś pogoda to nie jedyna niespodzianka. Na egzamin zapisało się dwadzieścia dwie osoby. Tradycja nakazuje, że strzela się grupami pięcioosobowymi, a jeżeli wszystkich nie da się przepuścić w tym układzie, kilka ostatnich zespołów idzie czwórkami. Przy dwudziestu dwóch osobach, oznacza to dwie piątki i trzy czwórki. Być może nie byłem jedyną osobą, która odruchowo zaczęła odliczać piątki od początku, nie sprawdzając ile jest osób do końca i czy to już nie pora by przejść na czwórki. I nagle przewidziana czwarta pozycja w pięcioosobowym zespole zamienia się w czwartą w czteroosobowym zespole, co choć przestrzennie nic nie zmienia, to wymaga zupełnie innej procedury. To jednak moja wina, a jeszcze nie ta zapowiedziana niespodzianka. Niespodzianką była nieobecność jednej osoby. Na samym końcu listy. W pierwszej chwili myśl jest taka, że to nic takiego, nie trzeba wypełniać żadnych luk, nikt nie pójdzie o jedno miejsce do przodu. Ale w kontekście podziału, nagle zamieniamy się w jedną piątkę i cztery czwórki. Osoby z końca swoich ekip nagle lądują na pozycji omae [prowadzący grupę] kolejnych zespołów. I choć to całkiem logiczne, to z pewnym zaskoczeniem przyjąłem, że przesunięcia mogą też nastąpić w drugą stronę, do tyłu. Trzeba było to mentalnie ogarnąć, walnąć na rozgrzewkę raz czy dwa razy do makiwary i jazda z tą shinsą!

Tu własnych notatek nie mam, ale bazując na tym, czego dowiedziałem się od obsługi, było sześć trafień, w wykonaniu pięciu osób. Pięć osób zdało, ale co najmniej jedna z nich nie trafiła. Co by oznaczało, że jedna z tych, które trafiły, nie zdała. Co jednak ważne dla tej relacji, wśród tych pięciu, mieliśmy swojego człowieka: brawo Adam! I co nie mniej istotne, ekipa Kokoro też wzbogaciła się o dwóch yondanów (brawo Magda i Michał!). Wiedeńska sesja egzaminacyjna okazała się bardzo korzystna dla południa Polski, bo poza jednym sandanem wywalczonym dla Umemi w Warszawie, wszystkie polskie stopnie dzielimy ze sobą z Krakowem.

Tydzień później we Frankfurcie

Od strony statystycznej nie będę dużo pisał. Widziałem podsumowanie jaki procent uczestników zdał we Frankfurcie (oraz w Noisiel), i skuteczność była znacznie mniejsza. Czy to możliwość treningu pomogła — nie wiem. Wiem, że do listy gratulacyjnej trzeba dopisać Jacka z Ayame ze stopniem sandan, Monikę z Tametomo i Blankę z Tengukai ze stopniami yondan oraz Maksa z Ayame ze stopniem godan. Brawo!

k’południu dany

w Austrii także przeplata

schnitzel być musi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *