Warsztaty Honda-ryū we Wiedniu 2026

Kto by się spodziewał, że tak szybko po marcowych manewrach w Krakowie przyjdzie nam ponownie zmierzyć się z Honda-ryū? Lub kto by przypuszczał, że tak szybko po kwietniowych egzaminach będziemy wracać do Wiednia. Obie powtórki łączy jedna okazja: europejskie warsztaty z Jeffem Hummem i Kiyo Humm i to na poziomie chugaku+. W dniach 8-10 maja do Wienerberg Kyudojo przybyli przedstawiciele Anglii, Francji, Niemiec, Austrii i oczywiście Polski — konkretniej Łodzi, Wrocławia i Katowic.

Czwartek, 7 maja 2026

Nic kyudowego się tego dnia nie wydarzyło. Chcę tylko zaznaczyć, że wieczorem, gdy parkowaliśmy pod hotelem, padał deszcz. Taka bardziej mżawka, ale jaka pogoda nie byłaby w kolejnych dniach — a była bardzo ładna — mogę podtrzymać tezę, że jeszcze tak mnie we Wiedniu nie było, aby nie padało chociaż przez chwilę.

Piątek, 8 maja 2026

Właściwe warsztaty miały rozpocząć się dopiero po południu, ale po znajomości wbiliśmy na poranny trening. Było kilka serii wolnego strzelania i przejście przez formy mochi mato z kyudo współczesnego i kuriomae z Honda-ryu. Było siedzenie w kuchni dojo przy rozmowach. Był wiener schnitzel (lub co tam kto sobie wybrał) w Schutzhausie na obiad. Po trzeciej godzinie zaczęli przybywać przyjaciele z innych krajów, a o czwartej rozpoczęliśmy właściwe seminarium. Na rozgrzewkę coś prostego i szybkiego, może forma ryakushiki?

Oj, nie poszło nam to dobrze. Przynajmniej nie tak dobrze jak można by się spodziewać na wydarzeniu na którym wymagano posiadania określonego stopnia. Niezbędna okazała się powtórka kilku podstaw.  Żeby nas bardziej zmotywować, przedstawiono nam też plan na dalsze dni. Znów za pośrednictwem łączy internetowych na nasze poczynania spojrzy shihandai Ayado Iwao. Towarzyszyć mu będzie John Bush, łączący się z Londynu. Na niedzielny poranek wystosowano także zaproszenie dla soke [głowa szkoły, w tym przypadku Honda Toshinaga], jednak inne plany nie pozwoliły na obecność. Pięć osób ze stopniem chugaku [drugi stopień] miało zaprezentować się w sobotę. Pozostali: chuden [trzeci stopień] i kumokuroku [czwarty stopień] musieli poczekać do niedzieli. Tym razem wszystkich czekało to samo: kumitachi. Choć może lepiej powiedzieć, że wszystkich czekało prawie to samo – poza chugaku, wszystkie grupy były trójosobowe, podczas gdy grupa chugaku była pięciosobowa. Formalnie nie ma żadnych szczególnych różnic między wariantem dla trzech i pięciu osób, sprowadza się to tylko do dłuższego czekania podczas strzelania pozostałych osób.

Strzelaliśmy tego dnia całkim sporo, choć były też ćwiczenia według zapowiedzianego podziału na grupy. Tu pojawiło się kolejne wyzwanie na grupy chugaku — wiedeńskie dojo nie jest bardzo duże i o ile można spokojnie strzelać na siedem a może i więcej stanowisk, to nie można wyznaczyć szczególnie długiej linii daiichi hikaesen, na której odbywa się pierwszy ukłon. Podobny ukłon ma miejsce i w przypadku kyudo współczesnego, ale szkoła Honda ma tu dodatkowy element ułożenia strzał na podłodze przed sobą. Idealnie następuje to przez przekręcenie dłoni tak, by strzały ustawione równolegle do podłoża przemieściły się zza pleców do przodu. Co wymaga około metra przestrzeni między łucznikami, by nie zahaczyć strzałami o towarzysza z prawej.

Zaś zarządzone po powtórce materiału ponowne ryakushiki udało nam się wykonać na poziomie bliższym naszych stopni, co dało nadzieję, że przekazana nam wiedza na ciut wyższym poziomie nie przepadnie.

Nie zabrakło też przygotowań przestrzenno-technologicznych, konkretniej szukania najlepszego ustawienia dla tabletu, by obiektyw mógł złapać całość ceremonii. Wymagało to też określenia z których stanowisk optymalnie będzie się będzie strzelać.

Gdy już dzień zbliżał się do końca, zaproponowano sesję pytań i odpowiedzi. Dość szybko okazało się, że nikt nie ma żadnych palących pytań. Dlatego ostatnie kilkadziesiąt minut spędziliśmy na dalszym szlifowaniu pracy w grupach.

Sobota, 9 maja 2026

Formalny trening miał się rozpocząć o dziesiątej, ale dojo otwarto już około siódmej, by umożliwić poranny trening, czyli asageiko. Na tego typu imprezach różnie z tym strzelaniem bywa. Kyudo można na rozmaite sposoby ćwiczyć i bez zakładania strzał na cięciwę, więc „trzy dni warsztatów” nie zawsze przekłada się na „trzy dni strzelania”. I nawet jak jest strzelanie, czasami ma ściśle określony aspekt do przećwiczenia. Więc jak ktoś zwlecze się rano z łóżka na asageiko, ma szansę postrzelać nieco więcej. Bo co by nie było napisane w podręcznikach kyudo, większość z nas jest w tej dyscyplinie, a przynajmniej zaczęła, bo strzelanie z łuku jest fajne.

Oficjalnemu rozpoczęciu towarzyszyła mała niespodzianka w postaci nagrody za trzecie miejsce w zeszłorocznym międzynarodowym turnieju korespondencyjnym, którą wywalczył Stefan z Niemiec. Następnie powtórka najważniejszych punktów teorii, a po niej sporo strzelania z komentarzami.

Aby ułatwić nam zapamiętanie pewnych kształtów, wyjaśniono nam je na podstawie znaków kanji hi (比), jin (人) i so (双), których form można się doszukać w ułożeniu dłoni w yugamae oraz rąk w daisan i hikitori.

Przyszła pora na lunch w postaci bento. Na osoby, które po posiłku sprawnie wróciły do shajo, zamiast siedzieć nad kawą w kuchni, czekał unboxing nagrody Stefana. Ale to zostawmy już wtajemniczonym. Przerwy to fajna rzecz, ale sprawne ich kończenie też jest ważną sztuką, przynoszącą niespodziewane korzyści.

Niby dopiero co wczoraj udowodniliśmy, że jesteśmy w stanie wykrzesać z siebie poziom chuden+, a tu nagle tematem kolejnego segmentu była powtórka podstaw. I to całkiem podstawowych podstaw: pozycja stojąca, ułożenie dłoni, ukłony. Pamiętajmy jednak, że całe kyudo jest jedną wielką powtórką podstaw, często po pierwszym treningu widziało się już większość tego, co trzeba opanować do końca życia. Tu powinienem dać przypis, że nie dotyczy to wielkich rewolucji będących wynikiem dokładnego wczytania się w tekstu założyciela szkoły. Mając więcej świadomości po co konkretne ruchy są, można inaczej podejść do ich wykonywania. Albo zastanowić się ile przez lata zdążyło się w nie wkraść niepotrzebnych odruchów. Rzeczy z kategorii „warto zapisać” (ew. „warto zapisać ponownie”) było sporo, ale nacisk na praktykę nie pozwalał na bieżące notowanie. To trzeba było nadrobić w wolnej chwili. Po której była jeszcze chwila czasu na pracę w grupach. I nastąpiło połączenie z Japonią.

Przypomnę o co tu chodzi, jeżeli nie zanotowaliście poprzednim razem. Od pierwszego spotkania z Europejską grupą hondową podczas seminarium w Krakowie w 2023 roku, Shihandai Ayado Iwao prowadzi notatki o naszych postępach. Jeżeli przy którymś spotkaniu (czy to osobistym, czy wideo) powie, że taka a taka rzecz wymaga dopracowania, to przy kolejnym spotkaniu powinna nosić ślady solidnej pracy nad nią. Dlatego w moich notatkach z tego wydarzenia, uwaga od senseia Ayado dostała specjalną ramkę, bym był w stanie ją później odnaleźć.

Po tym jak grupa chugaku zaprezentowała kumitachi, każdy z nich otrzymał zapowiedziany komentarz. I choć w Japonii była już późna noc, sensei pozostał na łączach jeszcze jakiś czas, by obejrzeć strzał każdej z pozostałych osób. Już bez szczególnych ceremoniałów — stanąć na linii, wystrzelić sprawnie dwie strzały i tyle. Gdy ta część programu się zakończyła, było już na tyle późno, że można było zamykać dojo.

Niedziela, 10 maja 2026

Kolejny dzień, kolejne asageiko. Tym razem trochę krótsze, bo trening zaczynał się o dziewiątej. Wystarczająco dużo, by oddać kilkanaście strzał. Bo było właściwie pewnym, że w ciągu dnia nie będzie za dużo okazji by postrzelać. Oficjalna część treningu była krótkim podsumowaniem uwag z dnia poprzedniego. Jeżeli wszyscy wezmą je do serca, to sensei Ayado nie będzie ich musiał tego dnia nikomu powtarzać.

O dziesiątej nawiązaliśmy połączenie wideo z Japonią i z Londynem. Co tu wiele pisać, może poza ciekawostkami statystycznymi, że były cztery trafienia na dwanaście osób? Wszyscy pokazali się najlepiej jak umieli, dowiedzieli się nad czym mogą popracować do następnego razu. Czas był już bliska lunchu. Plan ustalono taki: najpierw przerwa na kawę (będąca tak naprawdę okazją odbycia w shajo ważnego zebrania reprezentantów „szefów” wszystkich krajów), potem oficjalnie zakończenie i lunch — z drobną niepewnością ze względu na dokładny moment dowiezienia jedzenia. Następnie rozesłanie uczestników do domów. Część musiała się sprawnie zbierać na lotnisko czy inne stacje kolejowe, a niektórzy mogli sobie pozwolić na chwilę swobodnego strzelania. I to prawdopodobnie na tyle z wiedeńskich przygód w tym roku, choć już rysują się szanse odwiedzin w przyszłym. Zaś kalendarz ważnych hondowych wydarzeń ma jeszcze co najmniej jeden zapis w 2026 roku, ale z dużą dozą niepewności, jeżeli chodzi o udział członków naszego klubu.

grill po sąsiedzku
nie ma hondy bez bólu
bardziej niż myślisz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *