Wyprawa nad morze 2026

Jak się nad tym zastanawiam, nie jestem pewien, czy w istocie mogę tak powiedzieć w imieniu wszystkich członków naszego klubu. Ale pozwolę sobie przemówić w imieniu członków klubu sporządzających notatki na klubowego bloga: w Gdańsku jeszcze nie strzelaliśmy. I to mimo już dwóch edycji Kyudo by the Sea. Co mnie i Michaela sprowadziło na przełomie lipca i sierpnia? Sensei Akira Sato, renshi rokudan — lekarz, profesor na uniwersytetach w Tsukubie i Tohoku, z doświadczeniem w stylach Heki i Ogasawara. Choć bywa regularnie w Europie, w końcu po kilku latach starania udało się go zaprosić do Polski.

Piątek, 31 lipca 2026

Dzień kimonowo — a przynajmniej poranek. Jeszcze dokładniej, poranek kimonowy. Na początek coś nietypowego. Przegląd umiejętności przez formę hitote gyosha shinsa no maai [a.k.a. taihai]. Od najniższych do najwyższych stopniem w pięcioosobowych grupach wystrzeliliśmy po dwie strzały. Nietypowość tego wariantu polegała na tym, że każda grupa otrzymywała komentarz bezpośrednio po zakończeniu swojego przejścia, a nie w zbiorczej formie, gdy wszystkie grupy skończyły. Pozwoliło to wszystkim uczestnikom otrzymać bardziej indywidualny komentarz, zamiast jednego ogólnego.

I na tym zleciał nam czas aż do przerwy obiadowej (były pierogi). Po niej (a częściowo w trakcie, bo niektórym szkoda czasu na trawienie) mieliśmy chwilę na swobodne strzelanie. Po niej krótki wykład o kości czy innym stawie barkowym, zaś po nim jeszcze więcej strzelania.

Sobota, 1 sierpnia 2026

Na dobry początek dnia ważny wykład: jak bezpiecznie rozbroić łuk, który się przekręcił. Nie chodzi tu o charakterystyczne dla kyudo yugaeri, czyli obrót łuku w dłoni. Chodzi o moment, gdy cięciwa okręca się wokół górnej końcówki łuku i wygina go na drugą stronę.

Tematem następnego dużego bloku tematycznego był kihontai, czyli wszystko to, co tworzy kyudo, a nie jest bezpośrednio związane ze strzelaniem — cztery podstawowe pozycje i osiem ruchów. Nie omówiliśmy wszystkich, ale te, które omówiliśmy, zostały potraktowane bardzo szczegółowo. To już nie proste „nie odrywamy stóp od podłogi gdy idziemy”, ale wskazanie, na które punkty powinniśmy wywierać nacisk, jak ma pracować cała noga, by nie zmieniać wysokości bioder itp. Był duży fragment o ukłonach z pozycji seiza, gdzie kyudo współczesne ma pięć ukłonów (w przeciwieństwie do pozycji stojącej, gdzie zasadniczo są dwa).

Po krótkiej przerwie kawowej, przyszła kolej na nieco dłuższy wykład, z użyciem rzutnika (ostatni raz rzutnik w kontekście kyudo widziałem w ramach pamiętnej sesji pecha-kucha w 2017 roku). Pojawiły się w nim takie tematy jak siły działające na pięć części ciała, całe mnóstwo kanji, w tym związek między kanji 本 (początek) i 末 (koniec), a także kilka słów o budowie mózgu — które jego części są za co odpowiedzialne i dlaczego tak duża część odpowiada za twarz i dłonie, w przeciwieństwie do takiego stawu biodrowego i ramieniowego.

Kolejny duży blok programowy poświęciliśmy zagadnieniu, które pojawia się rzadko, ale jak już się pojawia, to okazuje się, że nikt nie miał okazji tego wystarczająco ćwiczyć. Coś jak shitsu, czyli błędy. Komuś upadnie strzała — trzeba ją podnieść. Komuś zerwie się cięciwa — trzeba ją podnieść, oddać łuk, poczekać na naprawiony itp. Już to jest częścią, którą się ćwiczy za rzadko. Przed pierwszym, drugim egzaminem owszem. A potem to się robi „ech, przecież nie upuszczę strzały” — i trzeba sobie przypominać, jak to właściwie leciało, gdy strzała już leży na podłodze. Ale tym razem nie ćwiczyliśmy obsługi shitsu. Ćwiczyliśmy odbieranie łuku od osoby, która popełniła shitsu, albo z innego powodu potrzebuje odebrania łuku. Czyli nie tylko czekamy, aż nagle ktoś na sali będzie musiał mieć podmieniony łuk, i do tego to my musimy być wyznaczeni do tego zadania.

Zostając w temacie podawania, kolejne ćwiczenie: podawanie szklanki wody. W poprawnej pozycji seiza. Nie wylewając jej po drodze. Coś, co było już podczas Ogasawara Summer Camp 2024, choć w Gdańsku wody było mniej niż wtedy. I nie było tylu manewrów po drodze.

Na koniec, przed przerwą obiadową (była pizza), przeszliśmy przez procedurę przekazania strzał między asystentami. Gdzie dokładnie strzały chwycić, jak je obrócić? Też nie częsta rzecz, ale przynajmniej dokładnie wiadomo, w której ceremonii się przydarza i kiedy należy być na to przygotowanym.

Po obiedzie kilka luźnych strzałów, po czym nastąpiła część poświęcona sharei, czyli tym nieco bardziej skomplikowanym ceremoniałom, które rozpoznajemy po tym, że pojawia się linia sadamenoza [linia ukłonu]. Grupę yondan+ [czwarty stopień dan i wyżej] poproszono o wykonanie mochi-mato sharei, czyli formy, w której każdy strzela do własnej tarczy. Prawie jak egzaminacyjny taihai, ale z dłuższym czasem oczekiwania w kizie. To oczekiwanie jest niemal znakiem rozpoznawczym mochi-mato sharei.

Dzień został zakończony kolejnymi kilkoma rundami swobodnego strzelania, z krótką przerwą na kącik majsterkowicza, w ramach którego ze zwykłego sznurka wykonaliśmy sznurek z pętelką służący do ćwiczeń kyudo.

Niedziela, 2 sierpnia 2026

Na dobry początek dnia segment o wędrówkach między honzą [linia oczekiwania] a shai [linia strzelania] i innych manewrach w ich okolicach: pozycjonowaniu rissha [łucznicy przygotowujący łuk w pozycji stojącej] i zasha [łucznicy przygotowujący łuk w pozycji klęczącej], hirakiashi [obrót w pozycji klęczącej] czy zakładaniu strzał na cięciwę.

Całość nauk z tych trzech dni spróbowaliśmy wdrożyć w kolejne hitote gyosha. Tym razem zamiast wariantu bardzo wolnego, spróbowaliśmy sprawę przyspieszyć i w jednym momencie procedowały dwie grupy czteroosobowe.

Poszło nam tak szybko, że zostało nieco czasu na kilka dodatkowych pytań, w tym te z kategorii „a co zrobić, gdy moje dojo ma bardzo specyficzne warunki: ochi nie ma miejsca, by się wycofać, grupa oczekująca właściwie siedzi pod ścianą i nie ma jak za nimi przejść, kamiza wisi na suficie, wejście na salę jest za mato i właśnie płonie, a mechanizm zamykania zapadni do jamy z krokodylami pod sadamenozą się zaciął”. Było też kilka słów o koncepcjach sashin-utai i kashin-jōtai, określających którą stroną ciała zaczynamy ruch. W większości standardowych przypadków wychodzi na jedno, ale trzeba zachować czujność, gdy egzaminatorzy proszą nas o zajęcie miejsca na krześle przed rozmową.

Przerwa obiadowa była kłopotliwa. Po pierwsze, zapowiedziano, że posiłek będzie nieco mniejszy, bo i dzień ćwiczeń był niepełny. Dodatkowo, podano onigiri. Które, w przeciwieństwie do pierogów i pizzy, nie zaczynają się na literę P. Jedyne, co nas ratuje, to sławetne tłumaczenie jednego odcinka serialu Pokémon, gdzie onigiri przedstawiono widzowi jako pączek z dżemem.

I w końcu grand finale. Wielka sesja pytań i odpowiedzi, na którą pytania mogliśmy przez cały dzień zapisywać. Wśród poruszanych tematów znalazły się m.in. ikasu [podniesienie kolana w pozycji kiza], ciasnota podbarkowa, izolowany trening lorem ipsum [tu tak naprawdę padły liczne łacińskie nazwy mięśni, ale nie jestem tu po to, by uczyć Was łaciny lub anatomii], praca mięśniami ud, mięśnie Kegla, coś z kątem 90° między łukiem a podłożem oraz kai osiągane podczas luzowania skręcenia.

Po tym wyczerpującym materiale teoretycznym, wystarczyło czasu na jeszcze osiem strzał. I na tym się pożegnaliśmy. Z senseiem Sato pewnie na nieco dłużej, ale do Gdańska wracamy całkiem niedługo.

powrót do podstaw
biodra choby rant kubka
przez upał i deszcz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *